Klikbajt czy misja? Gdzie kończą się zasięgi, a zaczyna prawdziwe dziennikarstwo

Dzisiaj, w świecie milionów luster-ekranów, wszechobecnych kamer publicznych i ton informacji w mediach społecznościowych, zostacie dziennikarzem nie jest trudne. Wystarczy mieć telefon z dobrym aparatem i dostępem do Internetu: tematy znajdą się same, a tworzenie treści uległo całkowitej demokratyzacji. Nie potrzebujemy idealnego światła, artystycznych kadrów ani wyszukanego języka. Mało kto zwróci na to uwagę: ma być krótko, na temat, najlepiej już „przeżute” i wciśnięte w ludzkie głowy jako tragiczne, jaskrawe, klikbajtowe wydmuszki. Gdzie leży granica między zwykłym biciem piany a naprawdę ważną, społecznie istotną wiadomością? Niewiele pisze się o tym w kodeksach etycznych, a przecież sam proces selekcji informacji, wybór tematów do debaty publicznej, jest już kluczowym elementem pracy dziennikarskiej i zasługuje na osobną uwagę.

Na początek warto jasno określić cel. Po zapoznaniu się z materiałem należy zadać sobie pytanie: jaka jest jego praktyczna wartość? Nie musi to być instrukcja haftu krzyżykowego ani „nowy przepis babci Frani” – celem może być inspiracja, skłonienie do działania, rozrywka lub informowanie. Z tym ostatnim bywa jednak najwięcej niejasności. Owszem, przekaz i powiadamianie to fundament rzemiosła dziennikarskiego. Zaprzeczanie, że zapotrzebowanie na informację jest dziś większe niż kiedykolwiek, byłoby iluzją i utopią dla właścicieli holdingów medialnych oraz twórców, dla których w dzisiejszych realiach gospodarczych uwaga jest głównym zasobem. Podczas gdy tradycyjne media walczą o przetrwanie dzięki miłośnikom papieru, radia i telewizji, media cyfrowe opierają się na mechanizmach algorytmów i próbują nie utonąć w nieskończonych potokach treści na naszych kontach. Takie są reguły gry i odcinanie się od nich bywa zgubne – bo gdy ktoś na szybko sklei w CapCucie chwytliwy „hook”, ty ze swoją błyskotliwą analizą lądujesz na marginesie. Ta ekonomia jest jasna, pojawia się jednak pytanie: gdzie przebiega linia demarkacyjna między pogonią za wyświetleniami a żywym, zaangażowanym społecznie dziennikarstwem?

Odpowiadając pytaniem na pytanie: „Co tak naprawdę ta informacja przyniesie ludziom?”. Odpowiedź wymaga dalekowzroczności. Moim zdaniem, jeśli materiał rodzi w masach TYLKO lęk, strach i inne odcienie negatywnych emocji, można to nazwać pasożytowaniem na ludzkiej psychice, ale na pewno nie profesjonalnym produktem. Kolejny etap refleksji skupia się wokół słów „rozgłos” i „interes publiczny”. To pierwsze jest skutecznie eksploatowane przez „zwiastunów złych wieści”, którzy zamiast zwracać uwagę władz na problem, zachęcać do działalności charytatywnej czy ostrzegać w celach bezpieczeństwa, tworzą swoiste reality show i budują w odbiorcy permanentne poczucie bezradności. Przecież ja, zwykły szary człowiek, nie rozwiążę problemu przestępczości w Afryce ani nie powstrzymam wybuchu wulkanu w Ameryce. Jednostka nie jest wszechmogąca – i to trzeźwiące wyznanie ze strony konsumenta.

Biorąc to pod uwagę, dochodzę do wniosku, że formuła „poinformuj” zamiast „poinformuj i zaproponuj rozwiązanie / nagłośnij sprawę / ostrzeż” jedynie manipuluje podświadomymi mechanizmami naszej psychiki. Tworzy warunki do bezmyślnego przeżuwania myśli i po prostu żeruje na fakcie, że nasza uwaga naturalnie ogniguje się wokół negatywnych bodzców.

Właśnie tutaj rodzi się definicja prawdziwego dziennikarstwa odpowiedzialnego społecznie. Informacja bez kontekstu, celu i propozycji działania staje się ślepą uliczką, która paraliżuje społeczeństwo, zamiast je aktywizować. Prawdziwą misją mediów nie jest mechaniczne rejestrowanie dramatu dla samych zasięgów, lecz nadawanie mu sensu. Dziennikarz nie może być jedynie pasywnym lustrem odbijającym chaos świata; powinien być drogowskazem, który z tego chaosu wyprowadza. Jeśli chcemy, by rzetelne dziennikarstwo przetrwało w erze algorytmów, musimy przestać karmić odbiorców lękiem, a zacząć dawać im narzędzia do zrozumienia i zmiany rzeczywistości. W przeciwnym razie zamienimy czwartą władzę w zwykły przemysł rozrywkowy, gdzie walutą jest strach, a zyskiem – nasza obojętność.

Autorka tekstu: Maryia Usik

Scroll to Top