Współczesne dziennikarstwo na świecie przeżywa ogromny kryzys. Każdy z nas codziennie spotyka się z ogromną ilością informacji, które spływają z telefonów, komputerów, telewizorów, gazet i mediów społecznościowych. W świecie internetu Web 2.0 każdy nie tylko może konsumować treści, ale i je tworzyć, co spowodowało pojawienie się rzeszy influencerów, a także niezależnych dziennikarzy. Oczywiście, ta powszechna wolność i powstanie przestrzeni, jaką jest internet, nie mogły pozostać bez wpływu na społeczeństwo. Ludzie coraz mniej ufają dziennikarzom, a młody człowiek, rozpoczynający swoją karierę, zaczyna w sytuacji kryzysu zaufania, z którego musi wygrzebywać się praktycznie przez całą swoją drogę zawodową.
Jednak podobna sytuacja miała już miejsce w latach 60. i 70. XX wieku. Sam środek zimnej wojny, kryzys kubański, dramaty życia codziennego, mity o UFO, a w odpowiedzi — rozkwit hippisów, wolności, punku, brytyjskiej inwazji i, oczywiście, pojawienie się „seks-bomby” zamiast bomby jądrowej. W tym szalonym chaosie i kryzysie rola dziennikarza była osłabiona, a zaufanie społeczne do niego mocno nadszarpnięte. Jednak wszystko zmieniło jedno wydarzenie — po nim mali chłopcy w Ameryce, a także na całym świecie, przestali marzyć o zostaniu astronautami i zaczęli marzyć o zostaniu dziennikarzami.
Сodzienna zagrywka, ale przerażjące szczegóły
Rano 17 czerwca 1972 roku pięciu mężczyzn w garniturach i gumowych rękawiczkach zostało zatrzymanych w kompleksie Watergate w Waszyngtonie, w siedzibie Komitetu Narodowego Partii Demokratycznej. Mieli przy sobie podsłuchy, zestawy wytrychów i pięć tysięcy dolarów w gotówce w banknotach o kolejnych numerach seryjnych. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak nieudolna próba politycznego szpiegostwa, coś, co w realiach ostrej kampanii wyborczej mogło zostać uznane za brudną, ale jednak rutynową zagrywkę. Dlaczego? Ponieważ Ameryka początku lat siedemdziesiątych żyła czymś zupełnie innym. Trwała wojna w Wietnamie, zimna wojna dzieliła świat na dwa obozy, społeczeństwo było zmęczone napięciem, protestami i kolejnymi kryzysami. Richard Nixon szykował się do reelekcji i cieszył się wysokim poparciem, zwłaszcza po zapowiedziach wycofania wojsk z Wietnamu oraz otwarciu na relacje z Chinami i Związkiem Radzieckim. W tym kontekście włamanie do biura Demokratów wydawało się incydentem drugorzędnym.
Jednak już pierwsze szczegóły budziły wątpliwości. Zatrzymani nie byli przypadkowymi amatorami. Wśród nich znajdowali się byli pracownicy CIA, a jeden z nich, James McCord, był powiązany z Komitetem ds. Reelekcji Prezydenta. To przestawało wyglądać jak spontaniczna akcja kilku zapaleńców. To zaczynało przypominać operację z zapleczem, finansowaniem i politycznym parasolem ochronnym. Na tym etapie większość opinii publicznej nie dostrzegała jeszcze powagi sytuacji. Kampania wyborcza toczyła się dalej, a Nixon w listopadzie 1972 roku odniósł zdecydowane zwycięstwo. Wydawało się, że historia z Watergate zostanie zapomniana jako krótki, niezręczny epizod. I właśnie wtedy, gdy inni tracili zainteresowanie, dwóch młodych reporterów „The Washington Post”, Bob Woodward i Carl Bernstein, postanowiło nie odpuszczać. To, co miało być niewielką akcją podsłuchową, zaczęło stopniowo odsłaniać mechanizmy władzy, które doprowadzą do najgłośniejszego kryzysu konstytucyjnego w historii Stanów Zjednoczonych.
Gdzie prowadzą tropy?
W kolejnych tygodniach śledztwo zaczęło odsłaniać coraz bardziej niepokojące fakty: Woodward i Bernstein analizowali dokumenty, dzwonili do urzędników, pukali do drzwi ludzi powiązanych z administracją. Każda rozmowa była ryzykiem, każde nazwisko wymagało potwierdzenia w kilku źródłach. W świecie polityki panowała zmowa milczenia. W świecie redakcji rosło napięcie. Dziennikarze szybko odkryli, że pieniądze znalezione przy włamywaczach prowadzą do funduszy wyborczych związanych z Komitetem ds. Reelekcji Prezydenta. Pojawiły się informacje o systematycznych działaniach mających na celu dyskredytację przeciwników politycznych, o nielegalnych podsłuchach, o operacjach prowadzonych poza granicami prawa. Artykuły „The Washington Post” zaczęły układać się w spójną narrację: włamanie nie było przypadkiem, lecz elementem większego mechanizmu kontroli i manipulacji.
Kluczową rolę odegrał anonimowy informator Woodwarda, znany pod pseudonimem „Deep Throat” (pl. Głębokie Gardło). Sama nazwa była w istocie przypadkowa i nie miała początkowo żadnego politycznego ani symbolicznego znaczenia. W tamtym czasie w Stanach Zjednoczonych ogromną popularnością cieszył się kontrowersyjny film dla dorosłej publiczności o identycznym tytule, który stał się elementem masowej kultury początku lat siedemdziesiątych. Redakcyjny żart, inspirowany tym głośnym tytułem, szybko przylgnął do anonimowego źródła i z czasem stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych pseudonimów w historii dziennikarstwa. Informator nie podawał gotowych odpowiedzi, raczej wskazywał, gdzie szukać. I nagle się okazał, że trop prowadzi aż do samego Białego Domu.
Koniec amerykańskiej demokracji?
Przez wiele miesięcy większość mediów zachowywała ostrożność. Dopiero gdy Senat rozpoczął transmitowane publicznie przesłuchania, sytuacja uległa zmianie. Miliony Amerykanów śledziły zeznania świadków. Około 85 procent społeczeństwa obejrzało przynajmniej część obrad. Polityka zamieniła się w narodowy spektakl, ale tym razem scenariusz pisały fakty. Prawdziwym przełomem okazały się nagrania z systemu podsłuchowego zainstalowanego w Białym Domu. Kiedy ujawniono taśmy z czerwca 1972 roku, na których Richard Nixon rozmawia ze swoimi współpracownikami o sposobach utrudnienia śledztwa, wątpliwości przestały istnieć. To nie była już kwestia samego włamania. Sednem Watergate stała się próba blokowania wymiaru sprawiedliwości i nadużycie władzy w celu ochrony politycznych interesów.
Wtedy stało się jasne, że mówimy nie o jednym przestępstwie, lecz o kryzysie konstytucyjnym. O starciu między władzą wykonawczą a zasadą odpowiedzialności przed prawem. O momencie, w którym dziennikarstwo przestało być tylko relacjonowaniem wydarzeń, a stało się siłą zdolną uruchomić mechanizmy kontroli demokratycznej. Watergate przestał być nazwą hotelu, a stał się symbolem systemowego nadużycia i dowodem na to, że nawet najpotężniejszy urząd w państwie nie stoi ponad prawem.
Kulminacja przyszła latem 1974 roku. Gdy Sąd Najwyższy nakazał ujawnienie nagrań z Białego Domu, a opinia publiczna usłyszała rozmowy, w których prezydent mówi o blokowaniu śledztwa, nawet najwierniejsi sojusznicy zaczęli się wycofywać. 9 sierpnia 1974 roku Richard Nixon złożył rezygnację. Po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych urzędujący prezydent ustąpił ze stanowiska nie pod presją wyborów, lecz pod ciężarem faktów.
Nie astronauta, lecz reporter: nie Armstrong, a Woodward i Bernstein
Skutki były widoczne niemal natychmiast. Między 1973 a 1977 rokiem liczba studentów dziennikarstwa w Stanach Zjednoczonych wzrosła kilkukrotnie. Jeśli w połowie lat sześćdziesiątych było ich około 11 tysięcy, to pod koniec dekady już ponad 60 tysięcy. Po epoce podboju kosmosu, po symbolicznym kroku Neila Armstronga na Księżycu, amerykańskie dzieci przestały marzyć wyłącznie o skafandrze astronauty. Coraz częściej mówiły, że chcą zostać reporterami. Nie dlatego, że to zawód modny. Dlatego, że okazał się zawodem potrzebnym.
Po Watergate dziennikarz przestał być postrzegany jako ktoś, kto szuka sensacji lub buduje karierę na cudzych błędach. W oczach zwykłych ludzi stał się kimś, kto może stać na straży prawdy, kto ma odwagę zadawać pytania w imieniu tych, którzy nie mają dostępu do korytarzy władzy. W świecie, który znów zmaga się z kryzysem zaufania i nadmiarem informacji, historia Watergate przypomina, że siła mediów nie polega na hałasie, lecz na konsekwencji. A jedno dobrze zadane pytanie potrafi zmienić bieg historii.
Tajemnica „Deep Throat”
Jednak poza ogromną rolą dziennikarzy w całym śledztwie, nie można zapominać o jeszcze jednej osobie, bez której świat nigdy nie poznałby prawdy o skandalu Watergate. Pamiętacie „Deep Throat” (pl. Głębokie Gardło)? Kim był naprawdę ten tajemniczy informator? Dopiero w 2005 roku, mając 91 lat, Mark Felt, zastępca dyrektora FBI w czasach Afery Watergate, ujawnił, że to właśnie on był „Głębokim Gardłem” – człowiekiem, dzięki któremu świat dowiedział się prawdy. Jego decyzja stała się symbolem nieugiętej odwagi, pokazując, że prawdziwymi bohaterami tego śledztwa byli nie tylko dziennikarze, lecz przede wszystkim człowiek, który mimo osobistego ryzyka postanowił ujawnić prawdę, zdolną wstrząsnąć całym krajem.
