Zanim podróż stała się produktem, zanim tanie linie lotnicze zamieniły weekend w miniwyprawę, a zdjęcia z tropików zaczęły znikać w instagramowym strumieniu po dwudziestu czterech godzinach – była literatura. I byli ludzie, którzy z podróży robili coś więcej niż przemieszczanie się. Robili z niej opowieść. Jednym z nich był Arkady Fiedler. Fiedler nie był tylko podróżnikiem. Był reporterem w najczystszym sensie tego słowa – człowiekiem, który patrzy uważnie, słucha cierpliwie i zapisuje świat tak, by czytelnik mógł go dotknąć. W jego książkach dżungla nie była egzotyczną dekoracją, lecz żywym organizmem. Amazonia oddychała, Madagaskar pulsował kolorami, a Kanada pachniała żywicą tak intensywnie, że niemal czuło się ją między kartkami. Fiedler nie relacjonował podróży. On ją przeżywał razem z czytelnikiem.


W okolicach Poznania, w Puszczykowie, znajduje się dom Arkadego Fiedlera – dziś Muzeum-Pracownia Literacka, które pisarz kupił w 1946 roku po powrocie z wojny i zakończeniu frontowej tułaczki. To właśnie tutaj postanowił osiąść i nadać swoim podróżom stały adres. Parter domu oraz przylegający do niego ogród tworzą rozległą, niezwykłą przestrzeń muzealną – pełną pamiątek z wypraw, egzotycznych eksponatów, rzeźb, modeli statków i śladów świata przywiezionego z dalekich kontynentów. Ogród, nazywany Ogrodem Kultur i Tolerancji, jest naturalnym przedłużeniem jego książek – otwartą opowieścią o różnorodności i spotkaniu cywilizacji. Na piętrze domu do dziś mieszkają potomkowie pisarza, kontynuując rodzinne tradycje podróżnicze i dbając o to, by miejsce pozostało żywe, a nie jedynie archiwalne. Fotografie do tej publikacji zostały wykonane właśnie w tym domu w lutym 2026 roku.
Miasto pod zaborami a chłopiec z marzeniami
Dzieciństwo Arkadego Fiedlera nie zaczęło się od map i dalekich oceanów, lecz od zapachu farby drukarskiej w domu jego ojca Antoniego, poznańskiego poligrafa, oraz od ciszy łąk, na które był zabierany jako kilkuletni chłopiec; dorastał w mieście pod zaborem, w świecie, gdzie słowo miało wagę, a przyroda była pierwszą, najważniejszą lekcją uważności, i to właśnie w tej podwójnej przestrzeni – między drukarnią a trawą poruszaną wiatrem – kształtowała się jego wrażliwość, która później pozwoliła mu pisać o dżungli tak, jakby była bliska jak ogród, i o odległych lądach tak, jakby były naturalnym przedłużeniem rodzinnego krajobrazu; zanim wyruszył w świat, nauczył się patrzeć, zanim został reporterem, nauczył się zachwytu, a to dziecięce zdumienie, wywołane zwykłą polaną i opowieściami ojca, stało się fundamentem całego jego późniejszego życia w drodze.
Powstanie i niepodległość, a potem…Brazylia?
Młodość Arkadego Fiedlera przypadła na czas niepokoju, napięcia i rodzącej się nadziei. Z chłopca zapatrzonego w łąki pod Poznaniem wyrastał młody człowiek, który coraz wyraźniej czuł, że świat nie kończy się na granicach miasta ani nawet kraju. Studiował filozofię i nauki przyrodnicze, próbując zrozumieć zarówno mechanizmy myślenia, jak i prawa natury, lecz historia szybko wkroczyła w jego życie, a rzeczywistość wymagała czynu. Udział w Powstaniu Wielkopolskim był jednym z pierwszych momentów w życiu przyszłego podróżnika, kiedy stanął twarzą w twarz ze śmiercią. To było brutalne zetknięcie z kruchością ludzkiego losu. Dwadzieścia lat później historia wystawi go na podobną próbę – już na frontach II wojny światowej. Jednak to właśnie tamte wczesne chwile, gdy człowiek nagle uświadamia sobie, że może stracić wszystko, nauczyły go intensywnie kochać życie i świat, który go otacza. Być może właśnie dlatego tak zachłannie ruszył później w drogę – jakby każda podróż była próbą ocalenia piękna, które w każdej chwili może zniknąć.
Po odzyskaniu niepodległości Fiedler wrócił do książek, ale już jako człowiek, który wiedział, że teoria bez doświadczenia jest niepełna. W Lipsku doskonalił warsztat graficzny, uczył się precyzji formy, a jednocześnie dojrzewał w nim głód świata. Pierwsze teksty, pierwsze publikacje były jeszcze próbą stylu, lecz już wtedy widać było, że nie interesuje go opis zza biurka. Chciał dotykać, widzieć, słyszeć. Wkrótce przyszła pierwsza wielka wyprawa – Brazylia. To nie była ucieczka ani kaprys, lecz świadoma decyzja, by zostać reporterem w terenie. Amazonia, południowoamerykańskie krajobrazy, spotkania z ludźmi innych kultur – wszystko to kształtowało jego język i sposób patrzenia. Fiedler coraz wyraźniej rozumiał, że podróż nie polega na przemieszczaniu się, lecz na wchodzeniu w relacje ze światem.
Lata trzydzieste były dla niego czasem intensywnego dojrzewania jako pisarza. Kolejne książki przynosiły uznanie, a jego nazwisko zaczynało brzmieć w Polsce jak zapowiedź przygody. Jednocześnie Europa coraz mocniej drżała. W powietrzu czuć było napięcie, które zapowiadało coś nieuniknionego. Gdy wybuchła wojna, Fiedler był już człowiekiem drogi, autorem znanym, reporterem ukształtowanym przez doświadczenie. Nie wiedział jeszcze, że jego największy, najbardziej symboliczny reportaż dopiero powstanie – i że tym razem podróż zaprowadzi go nie w głąb dżungli, lecz w sam środek historii.
Kronikarz wojennego nieba
Wojna zastała go daleko od Europy. Był na Tahiti, kiedy świat znów zaczął płonąć. Dla człowieka, który całe życie wybierał drogę, decyzja była natychmiastowa – wraca. Nie po to, by obserwować, lecz by uczestniczyć. Ta podróż nie prowadziła do egzotycznej dżungli, lecz w sam środek historii.
Po przedostaniu się do Europy trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie spotkał polskich lotników walczących w Bitwie o Anglię. To tam narodził się reportaż, który stał się legendą – „Dywizjon 303”. Fiedler nie pisał tej książki zza biurka. Był blisko pilotów, słuchał ich rozmów, notował szczegóły, obserwował ich zmęczenie, napięcie i młodzieńczą brawurę. Patrzył, jak wracają z lotów – czasem triumfujący, czasem milczący. Jako reporter wojenny i fotograf dokumentował rzeczywistość frontową z niezwykłą uważnością. Interesowała go nie tylko maszyna – samolot, silnik, technika walki – lecz przede wszystkim człowiek. Twarze pilotów, ich gesty, spojrzenia przed startem. Wiedział, że prawdziwa historia wojny kryje się w emocjach. W kolejnych latach pływał na polskich statkach handlowych, obserwując wojnę z perspektywy morza. Owocem tych doświadczeń była książka „Dziękuję ci, kapitanie” – opowieść o marynarzach, o ciszy oceanu przerywanej alarmem, o ludziach, którzy bez rozgłosu wykonywali swoją służbę. Wojna w jego ujęciu nie była abstrakcyjną strategią, lecz sumą ludzkich losów.
Jego wojenne wspomnienia mają w sobie szczególną tonację. Nie ma w nich triumfalizmu. Jest szacunek dla odwagi, ale i świadomość ceny, jaką się za nią płaci. Fiedler, który wcześniej opisywał egzotyczne rzeki i tropikalne ptaki, teraz opisywał niebo przecięte serią z karabinu maszynowego. A jednak nawet w tej scenerii pozostał sobą – reporterem skupionym na człowieku. Historia opisana przez Fiedlera doczekała się również współczesnej ekranizacji. W 2018 roku powstał polsko-brytyjski film «Dywizjon 303. Historia prawdziwa», inspirowany jego książką. Produkcja przypomniała widzom dramatyczne losy polskich pilotów, którzy początkowo niedoceniani i traktowani z rezerwą, szybko stali się legendą w szeregach Royal Air Force.


Powojenne odrodzenie
Po wojnie Fiedler wrócił do Polski i osiadł w Puszczykowie pod Poznaniem. Dla człowieka, który niemal całe dorosłe życie spędził w drodze, był to czas szczególny – pełen ciszy, ale i wewnętrznego napięcia. W realiach powojennego państwa przez długie lata nie mógł swobodnie podróżować. Granice znów stały się barierą, a świat, który wcześniej był otwarty, nagle oddalił się jak horyzont za mgłą.
Ten „zastój” nie oznaczał jednak twórczej bezczynności. Właśnie wtedy powstały jego powieści dla młodzieży: „Mały Bizon”, „Wyspa Robinsona”, „Orinoko” – książki, które rozbudzały wyobraźnię młodych czytelników w kraju, gdzie paszport był marzeniem, a egzotyka istniała głównie na kartach literatury. Fiedler zamienił fizyczną podróż na podróż wyobraźni. Pisał tak, jakby wciąż był w drodze.
Dopiero odwilż polityczna przyniosła możliwość ponownego wyjazdu. I wtedy Fiedler ruszył znów – jakby nadrabiał stracony czas. Indochiny, Afryka Zachodnia, Kanada, ponownie Madagaskar i Brazylia – kolejne wyprawy były już inne niż te przedwojenne. Dojrzałe, spokojniejsze, bardziej refleksyjne. Nie gonił już sensacji. Szukał sensu. Jego późniejsze książki mają w sobie więcej zadumy. Widać w nich świadomość przemijania i zmian, jakie zachodzą w świecie. Dżungle były już mniej dziewicze, miasta bardziej nowoczesne, kultury – coraz silniej dotykane globalizacją. Fiedler rejestrował te przemiany z uwagą reportera, który wie, że świat nieustannie się przekształca.
Z Brazylii na Madagaskar. I to nie opuszczając Polski!
i coraz rzadziej mógł pozwolić sobie na dalekie wyprawy, nie pogodził się z bezruchem. Zamiast tego podjął jeszcze jeden wielki projekt – taki, który pozwalał podróżować bez biletu i bez paszportu. Rozbudowywał swoje muzeum w Puszczykowie, tworząc przestrzeń, w której świat spotykał się w jednym ogrodzie. Dzięki temu nawet dziś można tam odbyć symboliczną podróż z Egiptu do Kanady, z Kanady do Brazylii, a z Brazylii na Madagaskar – nie opuszczając fizycznie Polski.W 1974 roku, zachęcony namowami czytelników, Arkady Fiedler wraz z rodziną otworzył w nim prywatne muzeum swoich podróżniczych trofeów. To, co przez lata było pamiątką z drogi – maski, rzeźby, modele statków, fotografie, notatniki – stało się wspólną opowieścią dostępną dla innych. Dom zamienił się w miejsce spotkania kultur, w przestrzeń, w której świat przychodził do Puszczykowa, skoro Fiedler nie mógł swobodnie wyruszać do świata. To była jego ostatnia wielka ekspedycja – podróż, którą zaprojektował dla innych, pozostając w Puszczykowie, ale wciąż myślami daleko, po drugiej stronie horyzontu. A najważnejsze jest to, że ta podróż-ekspozycja trwa do dziś i czeka na każdego z nas!
Fenomen polskiego i światowego dziennikarstwa podróżniczego
Fenomen Arkadego Fiedlera polega na czymś więcej niż liczbie odbytych wypraw czy sprzedanych egzemplarzy książek. Jego wyjątkowość tkwi w momencie historycznym, w którym tworzył, oraz w sposobie, w jaki opowiadał świat. Był jednym z tych autorów, którzy nie tylko relacjonowali podróże, lecz kształtowali wyobraźnię całych pokoleń.
W Polsce międzywojennej i powojennej podróż nie była doświadczeniem powszechnym. Dla większości czytelników świat istniał w atlasach i na kartach literatury. Fiedler wypełnił tę przestrzeń realnym, namacalnym obrazem egzotyki. Nie pisał jak naukowiec sporządzający raport ani jak turysta zachwycony widokiem. Pisał jak reporter zanurzony w rzeczywistości. Obserwował ludzi, ich codzienność, relacje z naturą, konflikty i rytuały. Interesowała go kultura, przyroda, historia – ale zawsze w centrum stawiał człowieka. W Polsce Ludowej jego fenomen miał dodatkowy wymiar. W kraju ograniczonym cenzurą i zamkniętymi granicami Fiedler stał się symbolicznym ambasadorem świata. Czytelnicy mogli wraz z nim płynąć Amazonką, obserwować lemury na Madagaskarze czy przemierzać kanadyjskie lasy. Literatura podróżnicza pełniła funkcję okna – pozwalała oddychać szerzej, myśleć dalej, marzyć odważniej.
Na tle światowej literatury podróżniczej jego twórczość wpisuje się w nurt reportażu immersyjnego, opartego na bezpośrednim doświadczeniu i osobistym zaangażowaniu. W tym sensie można go zestawić z największymi kronikarzami XX wieku, którzy podróżowali nie po to, by zdobywać, lecz by rozumieć. Jego książki nie były kolonialnym spojrzeniem z góry, lecz próbą dialogu z innymi kulturami – jak na swoje czasy wyjątkowo wrażliwą. Nie bez znaczenia był także jego styl. Barwny, plastyczny, dynamiczny. Łączył precyzję obserwacji z literacką wyobraźnią. Potrafił opisać krajobraz tak, że czytelnik widział kolory, słyszał dźwięki i niemal czuł zapach tropikalnego powietrza. Ta umiejętność sprawiła, że jego książki przekraczały granice gatunku – były jednocześnie reportażem, esejem, literaturą przygodową i świadectwem epoki. Osobny rozdział jego fenomenu stanowi „Dywizjon 303”. To dowód, że Fiedler potrafił zastosować reporterską wrażliwość nie tylko wobec egzotyki, lecz także wobec historii. Uczynił z dokumentu literaturę, a z literatury – narzędzie budowania pamięci narodowej.
Dziś, w epoce tanich lotów i mediów społecznościowych, podróż wydaje się czymś oczywistym. Paradoksalnie jednak to właśnie teraz widać, jak bardzo aktualna pozostaje lekcja Fiedlera. Podróż to nie przemieszczanie się. To uważność. To ciekawość. To gotowość do spotkania z innym bez uprzedzeń. Fenomen Arkadego Fiedlera polega więc na tym, że nie tylko opisywał świat – on nauczył Polaków patrzeć na świat. I choć zmieniły się środki transportu, granice i technologie, potrzeba takiego patrzenia pozostaje niezmienna.
Autor tekstu oraz zdjęć: Mikita Tsiabus
